Mój pierwszy dzień we Francji

Kiedy w Klubie Polki na Obczyźnie rzucono hasło na nowy projekt o naszych wspomnieniach z pierwszych dni na emigracji jakoś nie byłam tym zainteresowana ale stwierdziłam, że warto jednak przypomnieć sobie te dni, cała sytuację, dlaczego, na jak długo. Poza tym właśnie niedawno stuknęła nam mała rocznica przebywania w obcym kraju.

Plany wyjazdu już pojawiały się w 2009 roku, kiedy mój jeszcze nie mąż wyjechał do Francji w celach zarobkowych na tak zwany sezon. W sumie wtedy też był mój pierwszy raz we Francji, który trwał tydzień. Był to beztroski tydzień pełen niespodzianek i bardzo mile spędzonego czasu. Ale nie o tym dniu chciałam napisać.

7 marca 2013 roku, czyli 4 lata 1 miesiąc i 10 dni temu mieliśmy spakowane dwie duże walizki, ogromny plecak ze stelażem i każdy z nas miał jeszcze mały plecak podręczny. Nie chcę sobie przypominać ile to wszystko ważyło bo aż się mi słabo robi...

Nie ukrywam, nie byłam pewna tego wszystkiego. Postanowiliśmy jechać gdyż już wtedy mój mąż miał tam zapewnioną pracę i chciał tam pracować a ja nie chciałam być sama z dzieckiem tutaj, a On sam tam. Wiedzieliśmy co znaczy długa rozłąka bo już taki rok był za nami. A rozmowy przez skypa i telefon nam tego nie ułatwiały. My tęskniliśmy za nim on za nami. Dlatego też postanowiliśmy zaryzykować i zamieszkać we Francji na jakieś 5 lat.

Dwoje dorosłych i nasz dwuletni synek, który cały czas tryskał energią i przebiegł lotnisko wzdłuż i wszerz niezliczoną ilość razy, czekaliśmy na lotnisku we Wrocławiu na samolot odlatujący do Paryż- Beauvais. Był to dla mnie i dla naszego synka pierwszy raz, kiedy lecieliśmy samolotem. Więc dodatkowy stres i czy dziecko nie będzie płakać, czy nie będzie się bał.

Na szczęście przy starcie i lądowaniu mój synek zamiast płakać śmiał się w głos aż inni pasażerowie oglądali się na niego i sami też się śmiali :) obyło się też bez żadnych turbulencji. Już wtedy pokochaliśmy latanie i to zamiłowanie zostało nam do dzisiaj a i synek nadal się śmieje przy starcie i lądowaniu.




Na lotnisku czekał już na nas samochodem mąż teściowej. Mieliśmy z nimi zamieszkać i mieszkamy do dzisiaj. Jakoś się zapakowaliśmy i ruszyliśmy jeszcze bardziej na północ kraju.
Pamiętam cała podróż samochodem. Każde mijane miasto było inne niż w Polsce, miasta bez chodników z wąskimi ulicami, ogromne kościoły na wzgórzach. A najlepsze było to, że na ulicach nie było prawie ludzi. To tak jakby większość miast była wymarła.
Po dwóch godzinach jazdy, samochód zaparkował w jeszcze węższej uliczce niż widziałam dotychczas. 

I wtedy chyba do mnie wszystko dotarło. Że to już nie jest Polska, że jestem w obcym dla mnie kraju, że nie znam w ogóle języka. Jak ja się dogadam. Chcę do mamy....

Na drugi dzień pojechaliśmy na małą wycieczkę, teściowa ze swym mężem chcieli pokazać nam okolice. Okazało się, że do morza mamy niedaleko. Choć ja nie przepadałam nigdy za morzem to się zakochałam w tych widokach. Połączenie klifów i morza to coś wspaniałego i wyjątkowego.









Kilka dni po naszym przyjeździe, a dokładnie 10 marca cała Francja została zasypana przez dużą ilość śniegu. Wszystko stanęło - ulice puste, szkoły, sklepy, urzędy i miejsca pracy - wszystko było pozamykane. Taką zimą Francja nas przywitała! Ale nam się podobało tym bardziej, że od tej pory śniegu na oczy nie widzieliśmy! :(

Długo nie mogłam się odnaleźć, wszystko było dla mnie nowe. Stałam się mniej samodzielna niż wcześniej. Zależność od kogoś męczy i to bardzo.
A jak jest teraz? Lepiej a czasami tak samo. Znam miejsce w którym mieszkam jak własną kieszeń, zwiedzam, poznaje to co nowe i ciągnie mnie do wszystkiego jeszcze nie poznanego.
I choć nadal bardzo tęsknię za domem i rodziną w Polsce to, Francja też zajmuje szczególne miejsce w moim sercu.


Na stronie Klubu Polki możecie jeszcze przeczytać wiele wspaniałych i ciekawych historii opowiadających o pierwszych dniach spędzonych w całkiem obcym dla niektórych kraju, o marzeniach związanych z przyjazdem i o ich realizacjach. Serdecznie zapraszam :)






Komentarze

  1. Ciekawe wspomnienia. Pozytywne w twoim przyjeździe, jesli moge sobie pozwolić na wyrażenie mojej opini, to to, ze jechałas w " znane miejsce". Był dom, maz i jego praca, teściowie. Ktoś na was czekał, dach, przyjęcie do... Moje wspomnienia były i sa zupełnie rożne. 1992 rok, Polska wychodząca z komunizmu. Jazda do Francji autobusem, kłopoty z wiza, bieda u nas, bieda w moim portfelu i ja sama, samiutenka, lat 18 i pól. Męża i rodziny brak. Wysiadałam z autobusu. Nikt na mnie nie czekał. Niczego nie pokazywał. Dach nad głowa miałam na 3 noce u znajomej znajomej z Polski. Wielka niawiadoma. Strach ściskał mi żołądek ale chęć i ambicja przepełniała mózg. Dałam radę. Dzis mieszkam juz 25 lat we Francji dłużej niz mieszkałam w Polsce. I bardzo sobie chwale choc skarze sie tez czesto. Pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To są jak najbardziej optymistyczne wspomnienia. Inne czasy i jechaliśmy na gotowe o nic nie musieliśmy się martwić. Niektórzy a nawet większość tego nie doświadczyła. Mieliśmy łatwy start. Mieliśmy to szczęście.
      Życzę Ci nadal samych przyjemnych chwil. W sumie po tylu latach mieszkania we Francji pewnie nic Ci nie jest straszne. Ja jeszcze do wielu rzeczy nie mogę przywyknąć. Pozdrawiam!

      Usuń
  2. Te klify to prawie jak w Dover.Pewnie to nie daleko, oczywiście po francuskiej stronie. Mój synek jeszcze nie leciał samolotem. Ale w tym roku go to czeka i ciekawe jak zareaguje. Fajnie by było gdyby jak Twój :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak Dover nie jest aż tak daleko. Wystarczy przepłynąć Kanał La Manche :) Trzymam kciuki by Twój synek dobrze zniósł podróż :) pozdrawiam

      Usuń
  3. Rok 2013 byl wyjątkowy i dla mnie, bo dwa miesiące po Waszym sprowadzeniu się do Francji, przyszła na świat Gruu. Pamiętam ten śnieg, który wszystko paraliżował i jak mnie, Polkę znającą srogie zimy, to bawiło ;)
    Mieszkacie we wspaniałym miejscu, nie dziwię się, że masz je już w sercu

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mnie też to bawiło, brak opon zimowych i wielkie zdziwienie Francuzów na śnieg. No jakże on może tak padać i to jeszcze w marcu :) mimo iż byłam tam dopiero kilka dni to strasznie dziwił mnie fakt że dzieci nie bawią się w śniegu, nie rzucają śnieżkami i nie lepią bałwana, to było trochę przerażające.
      Tak, to prawda miejsce w którym mieszkamy jest piękne i jak na razie nie mamy zamiaru go opuszczać :)
      Pozdrawiam

      Usuń

Prześlij komentarz

Popularne posty z tego bloga

Francja i jej 10 NAJ

Top 10 mojego regionu - Pikardia